RSS
wtorek, 31 grudnia 2013

Ken Loach, brytyjski reżyser, dyżurny wojownik o prawa człowieka, zwłaszcza tego z niższych sfer, głęboko jak nigdy wcześniej wbija swój oskarżycielski miecz w spasły brzuch kapitalistycznych wyzyskiwaczy. Bohaterką "Zapraszamy ponownie" czyni kasjerkę londyńskiego hipermarketu. Elisabeth, samotna matka pięciorga dzieci, w tym dwójki niepełnosprawnych, każdego dnia wysiaduje kilkanaście godzin na twardym krześle, skanując kody kreskowe, drukując paragony, oznajmiając obumarłym głosem kwotę do zapłaty i na koniec mamrocząc spierzchniętymi ustami: "Zapraszamy ponownie". Szef zmiany, emerytowany żołnierz - w tej roli sir Sean Connery - dyscyplinuje personel nieludzką musztrą. Elisabeth potulnie stosuje się do wprowadzonych przez niego, twardych zasad obsługi klienta. Do czasu. Katalizatorem jej buntu staje się zapalenie pęcherze moczowego. Niemożność pójścia do toalety prowokuje zdesperowaną matkę do opuszczenia stanowiska pracy, porwania ze sklepowego regału biwakowej butli z gazem, sterroryzowania z jej użyciem personelu i zakupowiczów, zawłaszczenia zawartości 48 kas oraz dokonania próby ucieczki wraz z dziećmi na wyspę Fidżi. W pościg za morderczą mamą i jej wesołą gromadką rusza specjalny zespół Scotland Yardu. Czy Elisabeth i jej pociechom uda się zbiec do raju? Jak łatwo się domyśleć, nie. 

Ach, cóż to za piękna opowieść! W dodatku oparta na faktach. Aczkolwiek z jedną, małą różnicą. Prawdziwa Elisabeth nie odsiaduje dożywocia w więzieniu, ale prowadzi na Fidżi luksusowy pensjonat dla japońskich biznesmenów. Pomagają jej w tym dorosłe już dzieci. Jak podaje m.in. Wikipedia, lata temu rodzeństwo wraz z matką przyjęło tamtejsze obywatelstwo i wymownie zrezygnowało z posługiwania się językiem angielskim.  

wtorek, 10 grudnia 2013

Wstydem kierowany Tarkowski wycofał swoje nazwisko z czołówki "Trzeciego oka", po czym, na wszelki wypadek dokonał wszelkich starań, by słuch o filmie rozpłynął się gdzieś na wielkich, rosyjskich przestrzeniach. Próżno szukać tego tytułu w archiwalnych zestawieniach, rankingach czy filmografiach użyczających głosu aktorów. A szkoda, gdyż ta plastelinowa, siedmiogodzinna animacja jeżeli nie budzi emocji, to przynajmniej umiarkowane zainteresowanie. Pod warunkiem, że oglądamy ją na raty.

Szalony naukowiec, Andriej prowadzi badania nad możliwością oddzielenia fragmentu świadomości od własnej jednostki i umieszczenia go na orbicie okołoziemskiej. Wysoko, w górnych partiach egzosfery Trzecie Oko ma odbierać tajemnicze sygnały z kosmosu, których strzępki docierają od jakiegoś czasu do obserwatorium astronomicznego w Pułkowie. Czy wysyła je obca cywilizacja? Czy może Bóg? Odpowiedzi na te pytania pragnie uzyskać Andriej. Eksperyment przebiega pomyślnie i już pod koniec pierwszej godziny filmu satelita z kawałkiem płatu skroniowego bohatera zaczyna krążyć po okołoziemskiej orbicie. A widzowie wraz z nią. I tutaj rozpoczyna się prawie sześciogodzinna, eliptyczna odyseja kosmiczna, podczas której widzimy w zasadzie tylko leniwie przesuwające się oceany, kontynenty, wyspy. Cóż, "Grawitacja" to jeszcze nie jest, tym bardziej, że patrzymy na plastelinową animację. Co ciekawe, ale i zrozumiałe jedynie tereny Związku Radzieckiego odtworzone są z wielką dbałością o szczegół. Zachodnia część Europy oraz Ameryka Północna sprawiają wrażenie trzeciego świata po apokalipsie. Nie po raz pierwszy względy polityczne wzięły górę nad realizmem. W warstwie dźwiękowej jest natomiast nieco ciekawiej, co kilkanaście minut odbieramy wraz z Trzecim Okiem tajemnicze, zrytmizowane sygnały. Głos Pana? Pozdrowienia od kosmitów? A może zwykły pulsar? Na te pytania widz będzie musiał odpowiedzieć sobie sam w ostatnim, 27. kwadransie filmu. Powodzenia!

Kino się skończyło! - zdaje się krzyczeć swoim najnowszym filmem Charlie Kaufman. Scenarzysta przebojowego "Zakochanego bez pamięci", reżyser depresyjnej "Synekdochy. Nowy Jork" tym razem odchodzi od przejmującego tonu i tworzy coś, co śmiało można określić pstrokatym nagrobkiem zramolałej kinematografii, a zarazem jaskółką wskazującą nowy kierunek lotu dziesiątej muzy. Nie od dziś wiadomo, że wszystkie historie zostały już nakręcone, a jedyną w miarę rozwojową dziedziną kina pozostała li tylko technologia. Tytułów na miarę "Grawitacji" czy "Avatara" w repertuarach ostatnich lat było jednak niewiele. Pokazać na ekranie można już w zasadzie wszystko, więc cóż więcej pozostało? Według amerykańskich krytyków ostatnią rewolucję w sposobie opowiadania przyniósł nie tak dawno "Szósty zmysł" ze słynnym twistem - rozwiązaniem raz lepiej "("Inni"), raz gorzej ("Sęp") później często stosowanym. Czy jednak rzeczywiście rewolucyjnym? W końcu finał "Gabinetu doktora Caligari" zaskakiwał równie porażająco, a był to przecież rok 1920. Zatem, co teraz? Ano.. miks.

Film Kaufmana rozpoczyna się niczym sztampowa komedia romantyczna. On samotny, żegnający umierającego na białaczkę syna, ona po przejściach, zdecydowana zapomnieć o męskim rodzaju na rzecz sportowej kariery w rzucie młotem. Przypadkowe spotkanie singli w muzeum kolejnictwa, jak łatwo przewidzieć, spektakularnie zatrzęsie ich dotychczasowym życiem. Jednak u Kaufmana zatrzęsie dosłownie i widowiskowo, jak w "2012" Rolanda Emmericha. Zakochana para będzie musiała od teraz walczyć o przetrwanie z walącymi się biurowcami, tornadami, falami tsunami i chmurami krwiożerczych latających ryb-mutantów. I kiedy już już uśmiercać ich będzie morderczy wirus, z pomocą przyjdzie musicalowa konwencja obracająca wszystko w ot żarcik. Gruzy Los Angeles tańczyć będą rock'n'rolla, a waląca się Statua Wolności zaśpiewa "I believe I can fly". I tak jak wierzy, tak poleci! Ale już w konwencji sc-fi ku krańcom galaktyki, gdzie on i ona odkryją szczelinę prowadzącą do alternatywnego świata - niemego, czarno-białego. I niestety nudnego, o seksie zapomnij. Droga powrotna na rozpustną Ziemię wymagać będzie łamania zasad logiki, osiągalnego tylko w filmie animowanym, a scena twardego lądowanie na pokładzie opanowanego przez terrorystów wahadłowca niektórym zapewne wyda się zbyt niesmacznym nawiązaniem do wydarzeń 11. września i filmów o nich traktujących. Jak łatwo się domyśleć, historia nie skończy się przewidywalnym happy-endem. To byłoby zbyt oczywiste. Zdradzę tylko, iż finał nakręcony został w technologii 3D.

Jeżeli tak ma wyglądać kino przyszłości, to ja przerzucam się na seriale.

poniedziałek, 09 grudnia 2013

Kim tak naprawdę jest Zbychu Czartoryski? Czy Hanka ze spożywczaka jest w ciąży z nim, czy ze swoim bratem? Kto w wigilijną noc zarżnął świniaka proboszcza? I dlaczego sołtys filtruje denaturat tylko przez chleb razowy z kawałkami słonecznika? Na te, jak i na wiele innych pytań odpowiada drugi pełnometrażowy film Wojciecha Smarzowskiego "Denaturat".

Scenariusz powstał w oparciu o anegdotyczne wspomnienia Artura Chumijło (wydrukowane w 1977 roku przez nieistniejące już wydawnictwo Gnat), stąd też zapewne epizodyczna konstrukcja filmu, jakże pieczołowicie zbudowana, przywołująca na myśl najważniejsze dokonania Roberta Altmana. Ścieżki bohaterów krzyżują się w najmniej oczekiwanych momentach, często niezauważenie, gdzieś w drugim planie, co tylko zachęca do wielokrotnego oglądania "Denaturatu" i odkrywania dyskretnych powiązań między wątkami. Błyskotliwe dialogi, wspaniale poprowadzeni aktorzy, finałowy powalający twist, zabawne odniesienia do "Konopielki", "Chłopów" i fraszek Kochanowskiego, a przede wszystkim brak hektolitrów alkoholu, tak chętnie lanego przez Smarzowskiego w późniejszej "Drogówce" czy zeszłorocznym "Domu złym" - to wszystko czyni jego "Denaturat" filmowym wydarzeniem początku nowego tysiąclecia! A dystrybutorów stawia w pozycji kretynów. Chyba już czas na premierę, co?!          

czwartek, 19 września 2013

Lata temu M.Night Shyamalan wskoczył na finansowy i artystyczny Mount Everest za sprawą swojego amerykańskiego debiutu, legendarnego już "Szóstego zmysłu". Od tamtej premiery twórczość hinduskiego z pochodzenia reżysera stacza się jakościowo i box-office'owo idealnie po równi pochyłej. Odnosi się wręcz wrażenie, iż to jakiś tajemniczy, przemyślany plan. Każdy bowiem kolejny film Shyamalana jest odpowiednio słabszy od poprzedniego. Wydawałoby się, że po totalnej klęsce "Kobiety z błękitnej wody" reżyser opuści Hollywood i zajmie się pisaniem pamiętników. A tu niespodzianka, a w zasadzie twist na miarę finału "Szóstego zmysłu".

Thriller medyczno-katastroficzny "Baza wirusów została zaktualizowana" powstał gdzieś pomiędzy kuriozalnym "Zdarzeniem", a wtopą za 150 milionów dolarów "Ostatni władca wiatru". Historia globalnego ataku wirusa HRF95 prawdopodobnie miała przerażać, a i czasem pewnie wzruszyć. Cóż, wywołuje jedynie ostry atak nieprzerwanego ziewania. Bohater filmu przywozi z serca amazońskiej dżungli do L.A. kosz egzotycznych owoców. Taki prezent dla sąsiadów zamiast magnesu na lodówkę. Traf chce, że w jednym z miniaturowych arbuzów ukrył się wróg, HRF95. Jego działanie jest dosyć nietypowe. Otóż gigantycznie zwiększa on u zakażonego, bądź zakażonej... libido. Nietrudno się domyśleć, iż przybysz z tropików przenosi się drogą płciową. Akcja poprowadzona jest na przestrzeni kilkudziesięciu lat. Mamy zatem wątpliwy zaszczyt zaobserwować na ekranie, jak działanie wirusa w prostej linii prowadzi do przeludnienia naszej planety, braku żywności i wody pitnej, bezrobocia etc. Stopniowo poprawia natomiast skuteczność emerytalnych systemów. W okolicach roku 2050 populacja młodych już kilkunastokrotnie przewyższa bowiem liczbę ludzi starszych.

Takie to bzdurki powstają czasem za oceanem. Czekam zatem na kolejną odsłonę wyeksploatowanego talentu pana Nighta. 

wtorek, 17 września 2013

Bez dwóch zdań, "Wietnamski snajper na tropie strupa" to niekwestionowane opus magnum Mela Brooksa. To także najdoskonalsze osiągnięcie w gatunku filmowej parodii, zamaszyście błyskotliwe i krystalicznie niepoprawne politycznie. Tym większa szkoda, iż dystrybutorom większości krajów zabrakło odwagi do jego rozpowszechniania. Jedyna wersja dostępna na teoretycznie nielegalnym, internetowym bazarze została zdubbingowana przez gwiazdy filipińskich telenowel i wsparta teoretycznie angielskimi napisami, żebrzącymi o korektę. Jednak dla nieustraszonego pożeracza filmów takie kwiatki to chlebek powszedni.

Tym razem Brooks znęca się nad kinem noir oraz filmami wojennymi. Reżysera w szczególności interesują słynne tytuły opowiadające o wydarzeniach w Wietnamie i ich konsekwencjach dla psychiki weteranów ("Urodzony 4. lipca", "Taksówkarz"). Ale od początku. Jednym z bohaterów "Wietnamskiego..." jest zwielokrotniony przez naukowe eksperymenty, sympatyczny emerytowany lekarz (Mel Brooks), któremu, tudzież którym, bynajmniej nie w głowie rozważania nad istotą przysięgi Hipokratesa. Przeciwnie, od ucha do ucha uśmiecha im się mordowanie bezbronnych pacjentów. A jako że wielu może więcej, giną całe tłumy nowojorczyków. Na trop seryjnej szajki klonów przez przypadek wpada beznogi, bezręki weteran wojny w Wietnamie (Clint Eastwood). Były żołnierz w uznaniu bohaterskich zasług mieszka w darowanym od rządu USA penthousie przy Central Parku. Stamtąd starym zwyczajem podgląda przez lornetkę wrogi świat. Rzecz jasna, nieustannie dręczą go wspomnienia z frontu, a zwłaszcza obrazy ciał omyłkowo zastrzelonych przez niego cywilów. Tymczasem zabawnym zrządzeniem losu jedną z ofiar szajki lekarzy staje się trędowata gwiazda Broadway'u, Joan L. Brickhead (Jane Fonda). Wypatrzone sokolim okiem ślady strupów kobiety mobilizują byłego żołnierza do "zejścia" na ziemię, zrehabilitowania się we własnych, pełnych żalu oczach i rozpoczęcia prywatnego śledztwa. W tym momencie razem z bohaterem wkraczamy do ciemnego świata kina noir. A to dopiero początek. 

Odstąpienie od umieszczenia niniejszego tytułu na liście filmów do rychłego obejrzenia jest absolutnie wykluczone! A co by ubaw sięgał pach, przed seansem gorąco polecam odświeżyć sobie "Trzeciego człowieka", "Podwójne ubezpieczenie" i "Sokoła Maltańskiego". 

piątek, 16 sierpnia 2013

Ukrywany przez wiele lat film wirtuoza kiczu zza oceanu. John Waters opromieniony umiarkowanym sukcesem "Lakieru do włosów" ( 8 mln. dolarów zysku przy budżecie 2 mln.) w 1989 roku dostaje od wytwórni Walt Disney Pictures propozycję nie do odrzucenia. Za godne pozazdroszczenia honorarium ma wyreżyserować aktorską wersję animowanego przeboju sprzed półwiecza o słoniu z obrzydliwie wielkimi uszami. Chodzi oczywiście o "Dumbo". Waters ochoczo podpisuje kontrakt, w tajemnicy przerabia zatwierdzony wcześniej scenariusz, po czym rozpoczyna zdjęcia. Należy dodać, że sentymentalna historia zostaje przeniesiona do świata ludzi. W pierwszej wersji scenariusza bohaterem był bardzo piegowaty rudzielec, jednak reżyser uznał ten defekt za niedokładny odpowiednik gigantycznych uszu słoniątka. Powiększa zatem małżowiny uszne chłopaka do rozmiarów obiadowych talerzy i dodaje mu trzecie ucho pod pachą, co będzie generować problemy w nawiązaniu relacji z płcią przeciwną. Akcja zawiązuje się w momencie, kiedy lekarz stwierdza, że małżowiny dziecka zawierają drugi i trzeci mózg. Jak nietrudno się domyśleć, bohater okazuje się być geniuszem. Głupia matka bohatera natychmiast wpada na genialny pomysł, aby wystawić swojego syna w teleturnieju, przypominającym "Milionerów". Film staje się zatem, niechcący, pierwowzorem "Slumdoga", jednak jest dużo bardziej realistyczny, przejmujący i zabawny. A pytania są trudniejsze.

Producenci z Walt Disney Pictures na kolaudacji wpadli w szał i rzucili kopię "Brzydkiego dziecka i jego głupiej matki" na wysoką, zakurzoną półkę. Z której wiele lat później ktoś ją zdjął i wpuścił do sieci. I bardzo dobrze, bo to nietuzinkowa, przepiękna opowieść o tolerancji, akceptacji samego siebie oraz o przekuwaniu swoich słabości w siłę zdolną przenosić najwyższe góry świata. Pozycja obowiązkowa! 

czwartek, 08 sierpnia 2013

Wyobraźnia Darrena Aronofsky'ego, podkręcona sukcesem artystycznym i komercyjnym filmu "Requiem dla snu", postanowiła popuścić sobie wodze i zrodzić jeden z najbardziej odjechanych i osobistych filmów pierwszej dekady nowego tysiąclecia. Bohaterem uczyniła tym razem Królową Anglii, która w początkowo niewyjaśnionych okolicznościach wsiada do UFO i odlatuje ku inteligentnym krańcom Wszechświata, ambasadorując w imieniu całej ludzkości. Równocześnie na Nowej Gwinei wykluwa się ptak rajski, z zapisanym pod skrzydłami tajemniczym zdaniem w języku... polskim. Grupa amerykańskich i hinduskich naukowców oraz językoznawca z nad Wisły przez kilka miesięcy próbują znaleźć zastosowanie dla sentencji, wierząc, iż takowe istnieje. Mniej więcej w tym samym czasie pewien bardzo zdolny uczeń japońskiej szkoły podstawowej konstruuje perpetuum mobile, które poza energooszczędnymi właściwościami, potrafi również przywołać z odległej przeszłości syberyjski torf o, jak się okazuje, cudownych właściwościach. Wszystkie trzy wątki nieudolnie łączą się w finale, próbując wyjaśnić sens życia i prezentując dziwaczne spojrzenie na kwestię kamienia filozoficznego. 

Znakomicie sfotografowany, doskonale zagrany film. Gigantyczny budżet okazał się jednak za ciężki dla wątłych nóżek historii i treści. Wizualne przełożenie odwiecznych, filozoficznych dysput wywołuje u widzów jedynie szeroki uśmiech politowania. Nie po raz pierwszy w kinematografii i nie po raz ostatni, czego przykładem może być niedawny "Atlas chmur". Aronofsky wziął sobie porażkę głęboko do serca i kilka lat później wyreżyserował już znakomite, równie wysokobudżetowe "Źródło", w którym zachował trójdzielny podział historii i poruszał podobne, ostateczne problemy, jednak tym razem scenariusz dopieścił wręcz do przecinków i kropek. Co widać, słychać i czuć.

czwartek, 01 sierpnia 2013

Oryginalna adaptacja klasycznej baśni Hansa Christiana Andersena. Upadły król kina grozy, John Carpenter, strapiony serią klap artystycznych i finansowych swoich filmopodobnych tworów z początku nowego tysiąclecia, postanowił użyć sprawdzonej metody powrotu na ciasny firmament wziętych reżyserów: porwał się na ekranizację popularnego tekstu. Wziął na warsztat uroczą historię Calineczki i napisał ją od nowa, zastępując tulipan rzerzuchą, a tytułową dziewczynkę mumią. Główną bohaterką filmu Carpentera jest doświadczona ławczyni sądowa, pogrążona w depresji po wydaniu niesłusznego, jak się okazało, wyroku śmierci na domniemanym seryjnym mordercy. Bogu ducha winny młodzieniec zostaje spalony na krześle elektrycznym, a dowody oczyszczające go z zarzutów zaczynają wyrastać jak grzyby po deszczu krótko po egzekucji. Rodzina chłopaka postanawia pomścić niesłusznie skazanego. Kupuje od afrykańskiego szamana paczkę nasion tajemniczej odmiany rzerzuchy i chytrze podrzuca ją ławczyni. Kiełki chyżo pną się ku słońcu na parapecie bohaterki, a wraz z nimi mordercza mumijka. Jak skończy się ta cała historia, domyśli się każdy, kto zna historię Calineczki. 

Absurdalny scenariusz to tylko jedno z niezliczonych dziwactw tego obrazu. Z całą pewnością do historii kina grozy przejdzie papier toaletowy "grający" mumijny bandaż. Kuriozum za garść dolarów. 

piątek, 28 czerwca 2013

Porywająca, zrealizowana z rozmachem opowieść o miłości w wieku starczym, której dystrybucja nie doszła do skutku z powodu absurdalnej decyzji PISF-u. W pewnym momencie postprodukcji "Rabarbaringu" Instytut zażądał zwrotu udzielonej dotacji, tłumacząc się obecnością komornika. Jak się później okazało, chodziło po prostu o chęć maksymalnego rozbuchania wkładu finansowego dla "Bitwy pod Wiedniem" z nadzieją na jej międzynarodowy sukces. No cóż, superprodukcja pod strzechy nie zawędrowała, natomiast robocza kopia "Rabarbaringu" intensywnie krąży w środowisku filmowym, zdobywając entuzjastyczne opinie. Jest zatem kwestią czasu, kiedy wycieknie do sieci. Proszę zatem być czujnym.

Akcja "Rabarbaringu" rozgrywa się w ciągu jednego popołudnia. Gdzieś na wschodzie polski odbywa się konkurs obierania rabarbaru na czas. Każda z okolicznych wsi wystawia swojego zawodnika. Wymagane minimum wiekowe to 65 lat. Na prowadzenie szybko wysuwają się dawni kochankowie, a obecnie warczący na siebie, Rafał i Barbara. W pewnym momencie reszta zawodników, świadoma przewagi pary, decyduje się podzielić na dwa obozy, obóz Rafała i obóz Barbary. Konkurs wymyka się spod kontroli organizatorów. Walka zwaśnionych drużyn przybiera postać słownych utarczek, bogatych w jakże pierne inwektywy. W końcu w ruch idzie rabarbar. Kiedy i ten się kończy, dwa wrogie sobie gangi starszych gniewnych rozlewają się po powiecie, by zasilić szeregi najwaleczniejszymi seniorami. Finałowa bitwa oraz długo wyczekiwany pocałunek Rafała i Barbary to coś, czego polskie ekrany dawno na sobie nie widziały.

Film pełen jest nawiązań do klasyki kina. Uważny widz zauważy inscenizacyjne cytaty ze sceny walki gangów z "West Side Story", z sekwencji wielkiej bitwy z "Braveheart", czy z pojedynku na świetlne miecze (tutaj na rabarbary) z "Gwiezdnych wojen". Jednak najciekawszy pojedynek ma miejsce między Rafałem i Barbarą. Wybór, jakiego dokonał reżyser, decydując się do głównych, i jakże trudnych ról zaangażować naturszczyków był z pewnością aktem odwagi. Jednak jakość ich gry, dorównująca dokonaniom naszych najwybitniejszych artystów sceny i ekranu, budzi głęboki podziw dla reżyserskiego talentu Kolskiego. Ten film musi trafić do kin!  

 
1 , 2 , 3

Pisz swój dziennik w Internecie